PRAWDA O TZW. KWESTII INDIAŃSKIEJ
Część Pierwsza
Pewna rzecz staje się
niezrozumiała: dlaczego pomimo dostępu
do fachowej literatury na temat historii i etnografii Indian
północnoamerykańskich, w dalszym ciągu ulega się romantycznemu nastrojowi i
pisze pseudoepickie bzdury rodem z klasyki Karola Maya?
Książki traktujące o wyżej
wymienionej tematyce pisane przez twórców o lewicowej orientacji politycznej
(zwłaszcza w tzw. bloku wschodnim) jawnie faworyzowały Indian i krytykowały -
na poziomie graniczącym ze zwykłą hucpą - politykę USA względem Rdzennych
Amerykanów. Wmawiano młodocianym czytelnikom że Amerykanie to tyrani bez duszy,
imperialiści i ludobójcy itd. Tacy pisarze polscy jak Longin Jan Okoń , Alfred
Szklarski czy niemiecki pionier gatunku Karol May zaszczepiali młodzieży miłość
do kultury Indian - (przedstawiając ją
jednak zbyt sielankowo) i przeinaczając
fakty z ich dziejów, a USA opisywano jako państwo które tylko miałoby jakoby za
cel zniszczyć Indian do pnia.... Zaowocowało to po latach utrwaleniem
opisywanych wydarzeń istniejących w powszechnej świadomości jako stereotyp, nad
którego utrwaleniem do dzisiaj pracują pospołu autorzy encyklopedii,
przewodników, literatury popularnej, dzieł pseudonaukowych i twórcy filmowi.
Jako niestrawny klops przeinaczeń, schematów, zmyśleń, półprawd, fałszów i
zwykłych andronów, niegdyś "podawany w ostrym sosie antyamerykańskim i
antyimperialistycznym" a dziś odsmażany na fryturze politycznej
poprawności. Negatywne ukazywanie jednej strony, aby druga wypadała lepiej to
zabieg propagandowy. Jednakże po przekroczeniu pewnych granic zamienia się on w
śmieszną niedorzeczność a na przyszłość skutkuje totalnym fałszem, powielanym
przez kolejne pokolenia.
Fachowa literatura tematu
tworzona przez uczonych kulturoznawców a zwłaszcza historyków amerykańskich
charakteryzuje się bardzo bogatym materiałem źródłowym. Tacy pisarze jak:
Robert M. Utley, G. D. Wagner, W.A. Allen, Ralph K. Andrist, Patrick Willey
bazowali głównie na wynikach badań naukowych (antropologicznych i głównie
historycznych) a także czerpali ze wspomnień, listów i pamiętników tworzonych
przez ludzi którzy byli naocznymi świadkami opisywanych wydarzeń lub wręcz ich
pośrednimi bądź bezpośrednimi uczestnikami.
Do takich
"źródłotwórców" należą min. : Richard Irving Dodge, James F.
Finerty czy Luther Standing Bear. Niejednokrotnie tacy twórcy opierali się na
relacjach z tzw. "drugiej ręki", uzyskanymi po latach od osób którzy
mieli kontakt z uczestnikami historycznych wydarzeń Zachodu. Wbrew pozorom nie jest to propaganda
amerykańska mająca na celu gloryfikowanie pionierów niosących cywilizację, choć
lwia część relacji pochodzi od Amerykanów. Przeważająca część opini publicznej
USA żywiła dużą sympatię względem Indian zwłaszcza tam gdzie nie stanowili już
zagrożenia, a przeciwko tubylcom byli emigranci na Zachodzie którzy byli
narażeni na ich ataki. Masa publicystów to ci pierwsi ale nawet oni broniąc
Indian nie mogli tworzyć fikcji, musieli polegać na faktach i podchodzić do
nich bezstronnie. Społeczeństwo amerykańskie od zawsze bardzo łaknęło bieżących
informacji zwłaszcza na temat swojego intensywnie rozwijającego się kraju a
wszelki fałsz zawsze można było skorygować poprzez konfrontacje z naocznymi
świadkami. Wielu publicystów to też Europejczycy podróżujący po USA -
niekoniecznie tam się osiedlający. Słynny brytyjski reporter Henry Morton Stanley pisał dużo i obiektywnie - inni ludzie pióra
w szerokim pojęciu również. Ciekawe jest to że sami Indianie po latach
opowiadali o swoich walkach z białymi niczego nie upiększając i niczego nie
zatajając - włącznie z opisami rytualnych kaleczeń zwłok, podpaleniach i
gwałtach na kobietach. Nie kreowali się na bohaterów i nie lżyli swoich
przeciwników, wspominali wydarzenia tak jak się odbywały. Szczególnie cennymi informacjami są relacje
zawarte w pracach wykształconych rdzennych Amerykanów takich jak wspomniany już
Luther Standing Bear czy John Stands In Timber.
Ciekawe jest to ze stereotypowa
skąpa wiedza na temat kultury i historii Indian, posiadana przez laików oparta
jest głównie na okresie - z grubsza - 1865 - 1890 roku, czyli z dziejów tzw.
"Dzikiego Zachodu". Jest to zupełnie oczywiste bo ponad 90 % historii na temat Indian zawartych w
niefachowej literaturze i kinematografii toczy się właśnie w tym okresie
chronologicznym jako najbardziej "przebojowym i błyskotliwym" w
sensie medialnym. Powieści i filmy stylu "western" osadzone są najczęściej
w tym przedziale czasowym. To co wydarzyło się wcześniej i potem albo
najczęściej jest przemilczana, albo
opatrzona takim fałszem i niewiadomymi że nie ma to wzięcia u odbiorców.
Paradoksem jest to że w czasie tych niecałych trzydziestu lat tylko kilka
plemion swoim stosunkowo krótkotrwałym ale efektownym oporem tak zdominowali
zbiorową wyobraźnię, że przez ten pryzmat kolejne pokolenia dostrzegają całą
epokę. Zdumiewające na swój sposób jest to że do masowej świadomości przeszły
nie imiona Indian którzy akceptowali "białą cywilizację" i
propagowali ją dla dobra swoich ludzi i ich przyszłych pokoleń, (jak wódz
Absaroka Mnóstwo Ciosów, czy Szoszonów - Washakie), lecz tych którzy byli jej
nieprzejednanymi wrogami (Siedzący Byk, Szalony Koń ... - wyliczać możnaby
długo). Jak to bardzo trafnie ujął wspomniany już znawca tematu R. I. Dodge:
" Większość cywilizowanych przyjaciół Indian kocha ich za szlachetne
występki, wspaniałe wykroczenia, olśniewające przestępstwa. Dla
sentymentalistów genialna zbrodnia zawsze jest godna podziwu, pospolita praca
zasługuje tylko na pogardę".
Walka z obowiązującymi wersjami
historii - zwłaszcza w dzisiejszych czasach tzw. "poprawności
politycznej" - bywa bardzo często totalnie beznadziejna - odmienny głos
tonie w beczeniu orwell'owskich owiec. Ale nie można zezwalać na propagowanie
fałszywej wiedzy na podstawie spreparowanych i przeinaczonych faktów
historycznych bo kładzie się to cieniem na prawdzie na zawsze.
Zacznijmy od początku ...
1. ZASIEDLENIE
Przodkowie Indian amerykańskich
tzw. Paleoindianie zaczeli zasiedlać kontynenty w okresie 40 tys. - 17 tys.
temu w kilku falach osadniczych. To duże rozgraniczenie chronologiczne
spowodowane jest sporami w świecie archeologicznym z powodu niejednoznacznych
wyników badań związanych z chronologią. Pewne jest to że od tej drugiej daty
zasiedlanie Ameryki Północnej stało się faktem, popartym szeregiem dobrze
udokumentowanych stanowisk archeologicznych. Dobrze znany jest pogląd że
Paleoindianie dostali się do Nowego Świata ze wschodniej Azji po lądzie
znajdującym się na miejscu dzisiejszej Cieśniny Beringa. W tamtym okresie glacjalnym
(epoka lodowcowa), niskie temperatury wiązały duże ilości wody w lód co
spowodowało powstanie naturalnego pomostu lądowego zwanego "Beringią"
po którym PaleoIndianie migrowali do Ameryki. Ostatnio zwycięża pogląd że
główny szlak migracyjny na południe wiódł wzdłuż amerykańskiego wybrzeża
Pacyfiku - a nie jak dotychczas sądzono - przez centralne obszary lądu. Jest to
na swój sposób logiczne rozumowanie, wszak obszary skute lodem i przysypane
śniegiem raczej nie zachęcałyby do wędrówki, tym bardziej że migranci musieliby
pokonywać góry. Za tym poglądem przemawia spora ilość stanowisk
archeologicznych usytuowanych wzdłuż zachodniego wybrzeża, datowana na okres
początków migracji. Z całą pewnością nie jest wykluczone że podążano także
środkiem kontynentu, ale z uwagi na trudności terenowe i klimatyczne taka
podróż musiałaby być rozłożona na etapy i trwać znacznie dłużej.
Migranci byli typowymi łowcami
epoki zwanej w nauce górnym paleolitem i z małymi zmianami w skali tysięcy lat
takimi pozostali aż do podboju przez Europejczyków. Narzucony przez klimat i
środowisko względnie koczowniczy styl życia prowadził do intensywnej gospodarki
myśliwskiej co w konsekwencji
doprowadziło do pierwszego kryzysu na ziemi amerykańskiej. Około 10 tys.
lat p.n.e. na całym ówczesnym świecie rozpoczęło się tzw. "holoceńskie
masowe wymieranie" dotyczące głównie megafauny, które w szczególny sposób
dramatycznie przebiegło w Ameryce Północnej. Istnieją różne hipotezy na temat
przyczyn tego zjawiska - od symptomów ocieplenia klimatu aż po działalność
ludzką. Jeśli chodzi o teren Ameryki druga przyczyna jest jak najbardziej
prawdopodobna. Masowość polowań spowodowała drastyczny spadek populacji
megafauny zwłaszcza tej występującej na obszarach zimnych. Większość uczonych
wiąże ten fakt z działalnością łowców kultury Clovis oraz kultur istniejących
przed nią. Zwierzęta łowne tamtego okresu na tych obszarach to: mamut,
mastodont, koń, karibu, "olbrzymie" odmiany leniwca, bizona i przodek
dzisiejszego wielbłąda. Większość z tych zwierząt wyginęła głównie w skutek
polowań a część wywędrowała w okresach interglacjałów do Azji dając początek
zwierzętom które znamy dzisiaj.
Trudno jest stwierdzić
jednoznacznie jak ówcześni łowcy mogli w takim stopniu przetrzebić zwierzynę
bez użycia broni palnej. Mogło służyc im ukształtowanie terenu w postaci
skalnych urwisk, przepaści czy ślepych kanionów do których zapędzano zwierzynę
za pomocą ognia. Jasne jest że w ten sposób można było unicestwić całe stada,
wykorzystując do konsumpcji tylko niewielką ich część. Takie prowadzenie
marnotrawnej gospodarki łowieckiej (więcej osobników zabijano niż się rodziło),
mogło być jedną z głównych przyczyn zagłady większości populacji zwierząt.
Po zniknięciu megafauny
Paleoindianie polowali nadal na zwierzęta które pozostały i regionalnie bytują
do dzisiaj. Polowano w dalszym ciągu stosując efektywne metody wspomniane
powyżej, a na terenach typowo równinnych budowano nawet wielkich rozmiarów
zagrody, niejednokrotnie w ksz tałcie litery "V", do których
zaganiano całe stada bizonów, antylop czy karibu. Taki sposób polowań na bizony
i antylopy widłorogie praktykowany był na północnych Równinach w Kanadzie jeszcze
w drugiej połowie XIX wieku przez Indian Kri i Czarne Stopy, w czasie gdy
powszechna w użyciu była broń palna i konie. Nie jest jasne czy bardziej czyniono
tak ze względów kulturowych czy ekonomicznych, faktem jest że marnotrawienie
ubitej zwierzyny było nieuchronne. Biali podróżujący po Równinach widzieli
resztki takich zagród pełne rozrzuconych szkieletów a jedno z urwisk w
prowincji Alberta zwane Head-Smashed-In Buffalo Jump posiada u podstawy warstwę
kości grubości na 10 metrów.
Z czasem jak klimat ocieplał się
w okresie mezolitu (około 9 tys. lat temu)
Indianie zaczęli dietę mięsną uzupełniać pokarmem roślinnym. Narodziło
się zbieractwo w szerokim znaczeniu tego pojęcia a myślistwo i rybołóstwo
zaczęło przybierać różne formy w zależności od obszarów i rodzajów zwierzyny
łownej. W czasie między 6 tys. a 5 tys. lat temu w Ameryce Północnej zaczęło
powoli rozpowszechniać się rolnictwo, praktykowane tam gdzie pozwalał na to
klimat. Uprawiano głównie kukurydzę, dynię, fasolę i słoneczniki. Duże areały
upraw świadczące o dosyć wysokiej kulturze agrarnej istniały w dorzeczach rzek Missisipi,
Missouri, na obszarach Południa dzisiejszego USA, na wschodnim wybrzeżu oraz na
południowym zachodzie.
Po okresie glacjałów gdy
kontynent został uwolniony od lodów, skupiska ludzkie zaczęły przemieszczać się
wzdłuż i w poprzek Ameryki Północnej tworząc plemiona i szczepy, o różnej
liczebności i stopniu organizacji. Antropolodzy amerykańscy grupują plemiona
indiańskie okresu historycznego w 10 regionach kulturowych: Północny-Wschód,
Południowy-Wschód, Wielkie Równiny, Południowy-Zachód, Wielka Kotlina,
Kalifornia, Płaskowyż, Północny-Zachód, Subarktyka i Arktyka. Podział ten
oparty jest na podstawie charakterystycznych wspólnych cech kultury materialnej
i duchowej, determinowanych przez środowisko naturalne.
Wędrówki całych plemion i ich
odłamów trwały nieprzerwanie od końca epoki lodowcowej aż do niemalże końca XIX
wieku. Przyczyny tego stanu rzeczy były głównie ekonomiczne i polityczne. To
nieprawda że plemiona wędrowały, napierając jedne na drugie tylko wskutek
parcia Europejczyków na zachód. Wcześniej zjawisko to trwało w różnym natężeniu
przez tysiąclecia ale faktem jest że w swojej ostatniej fazie było najbardziej
gwałtowne, chaotyczne i brzemienne w skutki po dziś dzień. Między bajki można
włożyć cytaty o min. "... ziemi przodków zamieszkałej od tysiącleci przez
lud..." i inne takie sentymentalne wypowiedzi. Plemiona na dobre mieszkały
w jednym miejscu najwyżej przez dwa, trzy do czterech pokoleń po czym z różnych
przyczyn ruszały gdzie indziej. Np.
Apacze i Navaho którzy pochodzili z zachodniej Kanady z ludu Athapasków, przybyły
na obszary dzisiejszej Arizony i Nowego Meksyku jakieś niecałe sto lat przed
Hiszpanami. Komancze którzy za "ziemię swoich przodków" uważali
północny Teksas, przybyli tam około połowy XVIII wieku z Wielkiej Kotliny
odłączając się od Szoszonów. ”Typowo" równinne plemię Kiowa jeszcze w
drugiej połowie XVIII wieku żyło w rejonie Black Hills, a w Teksasie znalazło
się na początku XIX wieku. Takie wędrówki nierzadko miały na celu zasiedlenie
terenów które już zajmowała inna grupa, a czasami było to tylko zapełnienie
pustki osadniczej. Dobrym przykładem będzie tu duża grupa plemion która znana
jest pod nazwą Sjuksów. Żyli oni do schyłku XVIII wieku na Wielkimi Jeziorami
jako typowe osiadłe plemię rolnicze, ale pod wpływem nacisków szczepów
leśnych - oraz skuszeni perspektywą
dostępu do nieograniczonych wydawałoby się zasobów zwierzyny - przenieśli się
na Wielkie Równiny, wypierając tamtejsze osiadłe grupy innych plemion.
Wojna w szeroko rozumianym znaczeniu
obecna była we wszystkich kręgach kulturowych Indian amerykańskich niemalże od
czasów najdawniejszych. W dzisiejszym stanie Dakota Południowa istnieje
stanowisko archeologiczne w rejonie Crow Creek, na miejscu dawnej osady
indiańskiej datowanej na rok 1325 n.e., kiedy to została ona w całości
zniszczona, a 426 mieszkańców obojga płci, od niemowląt do starców zostało
zabitych i oskalpowanych (z wyjątkiem młodych kobiet które najprawdopodobniej
uprowadzono). W czasie masowych wędrówek plemion, trwały masakry dokonywane na
mieszkańcach ziem które przybysze zamierzali opanować. Nie ma w tym w sumie nic
dziwnego, najeźdźcy starali się nie zostawiać nikogo przy życiu, żeby później
nie stawiać czoła odwetowi. Taki scenariusz obowiązywał wszędzie indziej na
świecie i trwa do dzisiaj. Wojny o supremację nad spornymi terytoriami trwały
aż do połowy XIX wieku. Jeszcze w latach 30-tych wspomnianego stulecia Indianie
Absaroka wybiło około pół tysiąca Czarnych Stóp. Wbrew stereotypom dobrze zorganizowana wojna
mająca na celu całkowite zniszczenie przeciwnika była znana w Ameryce Północnej
przed nadejściem Europejczyków - i to
nie tylko w wysoko rozwiniętym państwie
Azteków. Pierwsi Francuzi przybyli do dziesiejszej Kanady na początku XVI wieku
podziwiali pancerze ze skóry lub wikliny noszone przez miejscowych Indian w
czasie wypraw wojennych. Irokezi opowiadali przybyszom że ich niedalecy przodkowie na wojnę
zakładali drewniane hełmy, pancerze i nagolenniki co świadczy o fakcie staczania
tam potyczek w których rozstrzygnięciem była walka wręcz. Tubylcy regionu
Półniocno-Zachodniego nosili hełmy i pancerze z drewna na czas wypraw wojennych
jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku. Tak chronieni odpierali rekonesans
rosyjski na ten teren a później pierwsze penetracje brytyjskie. U Indian
kalifornijskich wiklinowe pancerze noszono jeszcze w połowie XIX wieku. Apacze
i Nawaho przybyli na Południowy - Zachód na początku XVI wieku jako wędrowni
wojownicy i rabusie, w walce z miejscowymi plemionami Pueblo używali ochronnych
nakryć głowy z utwardzonej skóry. Po zetknięciu się niedługo później z
hiszpańskimi konkwistadorami przejęli od nich pomysł na pancerze skórzane
którymi nie tylko chronili swoje ciało ale także później korpusy swoich koni.
Zdarzały się przypadki używania przez Indian kolczug i kirysów zdobytych na
Hiszpanach lub wykopanych z grobów.
Oczywiście po zetknięciu się z
bronią palną która dynamicznie się rozwijajała, z czasem zarzucono stosowanie
ochrony ciała bo stawało się to niepraktyczne. Stopniowo rzadziej dochodziło do
walk wręcz na rzecz walki na dystans. U Indian leśnych na wybrzeżu Atlantyku na
przełomie XVII i XVIII wieku, nawet praktyczne wykorzystanie muszkietów
zepchnęło tradycyjną broń jaka był łuk do roli drugorzędnej i uzupełniającej
nawet na polowaniach. Indianie tamtego regionu mieli duży dostęp do broni i
prochu skutkiem zażyłych kontaktów handlowych z białymi. Polowania stały się
efektywniejsze a wojny bardziej krwawe i dynamiczniej prowadzone.
Rzecz jasna celem wojny u
amerykańskich tubylców było nie tylko eksterminowanie przeciwnika na opanowyanym
terytorium. We wszystkich kręgach kulturowych Indianin zdobywał i polepszał
swój status społeczny poprzez osobiste dokonania. Musiał wykazać się
zręcznością i wiedzą w czasie łowów i odwagą oraz sprytem w czasie walki.
Często organizowano małe wyprawy wojenne na które szło od kilku do kilkunastu
wojowników (czasami jeden odważny), których celem było zdobycie sławy i
bogactwa oraz popisanie się odwagą. Grupa taka działała jak dzisiejsze siły specjalne, niepostrzeżenie
przedostawała się na teren przeciwnika (nierzadko do jego obozu lub osady), tam
porywała kobiety, kradła ważne symbole religijne, zdobywała skalp na jakiejś
ważnej osobistości, w późniejszym okresie czasu uprowadzała konie. Unikano
otwartej walki, chyba że grupa została przyłapana lub dogoniona - wtedy
walczono zawzięcie o życie. W razie sukcesu wracano triumfalnie do domu i tam
opowiadano o swoich czynach w obecności świadków, żeby nikt nie zarzucił nikomu
kłamstwa. Na Wielkich Równinach po wytworzeniu się tzw. "konnych kultur
nomadycznych" plemiona wypracowały swoisty kodeks wojownika wedle którego
walcząc mężczyzna podnosił swój status,
wykazując indywidualną wartość i cechy osobiste. W czasie gdy nie prowadzono
dużych wojen o terytoria gdzie dziesiątkowano i tak niewielką liczbę ludności,
Indianie po ceremonii Tańca Słońca (a czasami przed, zresztą nie wszystkie
plemiona praktykowały ten rytuał...), zbierali się w grupy od kilkunastu do
kilkudziesiesięciu wojowników. Raczej nie kryjąc się jechali w stronę wybranej
osady wroga i samą swoją obecnością zmuszali go do wyjścia i podjęcia wyzwania.
Gdyby celem był napad i zniszczenie osady w takim przypadku najeźdźcy
przybyliby w wielkiej liczbie i gwałtownie zaatakowali, ale w omawianym
przypadku chodziło o rodzaj "sportu". Pojedynczo lub w małych grupach
wojownicy szarżowali na siebie konno, starając się nie zabijać (chyba że było
to konieczne żeby uniknąć śmierci, wszak nie każdy musiał zachowywać się po
"rycersku"...), ale bardziej okazać pogardę śmierci, wyszydzić i
poniżyć przeciwnika poprzez zabranie mu elementu stroju, uzbrojenia czy konia.
Opracowano system tzw. "zaliczenia ciosów" (counting coup), zwanych
też "dotnięciami". Polegało to na tym że w czasie szarży starano się
dotknąć ręką, bronią, czy specjalnym kijem - ciała, broni czy konia
przeciwnika. Za dotnięcie uznawano również smagnięcie biczem, zrzucenie wroga z
konia czy zabranie części broni czy konia.
Reguły określały wartość ciosu,
zależnie od tego czy wróg był żywy czy martwy i czy wojownik dotknął go jako
pierwszy czy w następnej kolejności. Ciosy świadczyły o osobistej odwadze a ich
liczba czy też popisy na krawędzi życia i śmierci miały na celu zwrócenie uwagi
swoich i tym samym zdobycie uznania i szacunku.
Zastanawia geneza opracowania
takiego "systemu walki". Poza celami
opisanymi powyżej które zostały zrytualizowane i realizowane w formie counting
coup, istnieje prawdopodobieństwo istnienia innych przyczyn, bardziej
pragmatycznych. Społeczeństwa Indian Równin nie były duże. Przed coraz
częstszymi kontaktami z białymi, na początku XIX wieku przeciętne plemię mogło liczyć
w granicach 10 tys. ludzi. Ludzie ci żyli w prymitywnych ,ciężkich warunkach,
narażeni na utratę życia w czasie wędrówek czy polowań. Regułą było że
populacje te liczyły zawsze więcej kobiet niż mężczyzn z uwagi na straty tych
ostatnich w czasie zdobywania pożywienia i wojen. Ten stan rzeczy wiązał się
też z poligamią (w wersji poligynii), zjawiskiem bardzo częstym u tubylców.
Dlatego właśnie próbując pogodzić wojenne dążenie do lepszej pozycji z
niedopuszczeniem do niepotrzebnych strat w populacji męskiej, opracowano wyżej
wymieniony system walki. Takie utarczki przypominały bardziej bijatyki niż
prawdziwą bitwę i nie powodowały zbyt wielkich strat w ludziach o co głównie
chodziło a swój cel osiągały. Na początku walk między armią amerykańską a tymi Indianami
we wczesnych latach 50-tych XIX wieku, żołnierze nie mogli wyjść ze zdziwienia,
widząc jak Indianie narażając się na kule szarżują na nich tylko w celu
dotknięcia kijem czy smagnięcia biczem. Oczywiście powodowało to duże straty u
tubylców którzy z czasem porzucili ten sposób walki, przynajmniej w stosunku do
białych.
Zabawne jest jak miłośnicy Indian w
literaturze szeroko rozpisują się nad rzekomym faktem propagowania procederu
skalpowania przez białych wśród Indian. Pomijając fakt że skalpowanie
praktykowano w starożytnej Europie przez Celtów, Piktów, Germanów i Scytów a w
Afryce zanotowano tę praktykę w Dahomeju (dzisiejszy Benin), znajomość tegoż
była przez Europejczyków do XVI wieku nieznana. Zetknęli się z tym dopiero po
przybyciu do Ameryki Północnej. Generalnie skalpowanie zabitych miało za cel
zdobycie dowodu zadania nieprzyjacielowi strat
- skalpy kobiet i dzieci były więc tak samo ważne jak skalpy wojowników
Prawdą jest że skalpowały tylko niektóre plemiona i z tego procederu uczyniły rytuał.
Ale inne grupy przejmowały to i praktykowały w ramach odwetu i jak już
wspomniano w celu udowodnienia strat zadanych wrogowi. Nie wszystkie plemiona
obnosiły się ze skalpami, które zdobiły ubrania, broń czy obejście. Apacze np.
po powrocie do obozowiska po udanej wyprawie i odbyciu rytualnego tańca,
wyrzucali skalpy uważając je za nieczyste. Inne plemiona w ogóle nie skalpowały
uważając to za niepotrzebne barbarzyństwo. Biali płacili za skalpy swoich
wrogów towarem i pieniędzmi tylko dlatego żeby zachęcić swych indiańskich sojuszników
do działania i przyczynić się do zwalczania nieprzyjaciół. Po prostu zauważyli
że jest to namacalny dowód na zabicie przeciwnika i wykorzystali go a Indianie przynosząc skalpy za opłatą
udowadniali że eliminują zagrożenie.