Translate

poniedziałek, 23 grudnia 2013

PRAWDA O TZW. KWESTII INDIAŃSKIEJ


PRAWDA O TZW. KWESTII INDIAŃSKIEJ

Część Pierwsza

Pewna rzecz staje się niezrozumiała: dlaczego pomimo  dostępu do fachowej literatury na temat historii i etnografii Indian północnoamerykańskich, w dalszym ciągu ulega się romantycznemu nastrojowi i pisze pseudoepickie bzdury rodem z klasyki Karola Maya?
Książki traktujące o wyżej wymienionej tematyce pisane przez twórców o lewicowej orientacji politycznej (zwłaszcza w tzw. bloku wschodnim) jawnie faworyzowały Indian i krytykowały - na poziomie graniczącym ze zwykłą hucpą - politykę USA względem Rdzennych Amerykanów. Wmawiano młodocianym czytelnikom że Amerykanie to tyrani bez duszy, imperialiści i ludobójcy itd. Tacy pisarze polscy jak Longin Jan Okoń , Alfred Szklarski czy niemiecki pionier gatunku Karol May zaszczepiali młodzieży miłość do kultury Indian -  (przedstawiając ją jednak zbyt sielankowo)  i przeinaczając fakty z ich dziejów, a USA opisywano jako państwo które tylko miałoby jakoby za cel zniszczyć Indian do pnia.... Zaowocowało to po latach utrwaleniem opisywanych wydarzeń istniejących w powszechnej świadomości jako stereotyp, nad którego utrwaleniem do dzisiaj pracują pospołu autorzy encyklopedii, przewodników, literatury popularnej, dzieł pseudonaukowych i twórcy filmowi. Jako niestrawny klops przeinaczeń, schematów, zmyśleń, półprawd, fałszów i zwykłych andronów, niegdyś "podawany w ostrym sosie antyamerykańskim i antyimperialistycznym" a dziś odsmażany na fryturze politycznej poprawności. Negatywne ukazywanie jednej strony, aby druga wypadała lepiej to zabieg propagandowy. Jednakże po przekroczeniu pewnych granic zamienia się on w śmieszną niedorzeczność a na przyszłość skutkuje totalnym fałszem, powielanym przez kolejne pokolenia.
Fachowa literatura tematu tworzona przez uczonych kulturoznawców a zwłaszcza historyków amerykańskich charakteryzuje się bardzo bogatym materiałem źródłowym. Tacy pisarze jak: Robert M. Utley, G. D. Wagner, W.A. Allen, Ralph K. Andrist, Patrick Willey bazowali głównie na wynikach badań naukowych (antropologicznych i głównie historycznych) a także czerpali ze wspomnień, listów i pamiętników tworzonych przez ludzi którzy byli naocznymi świadkami opisywanych wydarzeń lub wręcz ich pośrednimi bądź bezpośrednimi uczestnikami.  Do takich  "źródłotwórców" należą min. : Richard Irving Dodge, James F. Finerty czy Luther Standing Bear. Niejednokrotnie tacy twórcy opierali się na relacjach z tzw. "drugiej ręki", uzyskanymi po latach od osób którzy mieli kontakt z uczestnikami historycznych wydarzeń Zachodu.  Wbrew pozorom nie jest to propaganda amerykańska mająca na celu gloryfikowanie pionierów niosących cywilizację, choć lwia część relacji pochodzi od Amerykanów. Przeważająca część opini publicznej USA żywiła dużą sympatię względem Indian zwłaszcza tam gdzie nie stanowili już zagrożenia, a przeciwko tubylcom byli emigranci na Zachodzie którzy byli narażeni na ich ataki. Masa publicystów to ci pierwsi ale nawet oni broniąc Indian nie mogli tworzyć fikcji, musieli polegać na faktach i podchodzić do nich bezstronnie. Społeczeństwo amerykańskie od zawsze bardzo łaknęło bieżących informacji zwłaszcza na temat swojego intensywnie rozwijającego się kraju a wszelki fałsz zawsze można było skorygować poprzez konfrontacje z naocznymi świadkami. Wielu publicystów to też Europejczycy podróżujący po USA - niekoniecznie tam się osiedlający. Słynny brytyjski reporter Henry  Morton Stanley  pisał dużo i obiektywnie - inni ludzie pióra w szerokim pojęciu również. Ciekawe jest to że sami Indianie po latach opowiadali o swoich walkach z białymi niczego nie upiększając i niczego nie zatajając - włącznie z opisami rytualnych kaleczeń zwłok, podpaleniach i gwałtach na kobietach. Nie kreowali się na bohaterów i nie lżyli swoich przeciwników, wspominali wydarzenia tak jak się odbywały.  Szczególnie cennymi informacjami są relacje zawarte w pracach wykształconych rdzennych Amerykanów takich jak wspomniany już Luther Standing Bear czy John Stands In Timber.
Ciekawe jest to ze stereotypowa skąpa wiedza na temat kultury i historii Indian, posiadana przez laików oparta jest głównie na okresie - z grubsza - 1865 - 1890 roku, czyli z dziejów tzw. "Dzikiego Zachodu". Jest to zupełnie oczywiste bo ponad 90 %  historii na temat Indian zawartych w niefachowej literaturze i kinematografii toczy się właśnie w tym okresie chronologicznym jako najbardziej "przebojowym i błyskotliwym" w sensie medialnym. Powieści i filmy stylu "western" osadzone są najczęściej w tym przedziale czasowym. To co wydarzyło się wcześniej i potem albo najczęściej  jest przemilczana, albo opatrzona takim fałszem i niewiadomymi że nie ma to wzięcia u odbiorców. Paradoksem jest to że w czasie tych niecałych trzydziestu lat tylko kilka plemion swoim stosunkowo krótkotrwałym ale efektownym oporem tak zdominowali zbiorową wyobraźnię, że przez ten pryzmat kolejne pokolenia dostrzegają całą epokę. Zdumiewające na swój sposób jest to że do masowej świadomości przeszły nie imiona Indian którzy akceptowali "białą cywilizację" i propagowali ją dla dobra swoich ludzi i ich przyszłych pokoleń, (jak wódz Absaroka Mnóstwo Ciosów, czy Szoszonów - Washakie), lecz tych którzy byli jej nieprzejednanymi wrogami (Siedzący Byk, Szalony Koń ... - wyliczać możnaby długo). Jak to bardzo trafnie ujął wspomniany już znawca tematu R. I. Dodge: " Większość cywilizowanych przyjaciół Indian kocha ich za szlachetne występki, wspaniałe wykroczenia, olśniewające przestępstwa. Dla sentymentalistów genialna zbrodnia zawsze jest godna podziwu, pospolita praca zasługuje tylko na pogardę".
Walka z obowiązującymi wersjami historii - zwłaszcza w dzisiejszych czasach tzw. "poprawności politycznej" - bywa bardzo często totalnie beznadziejna - odmienny głos tonie w beczeniu orwell'owskich owiec. Ale nie można zezwalać na propagowanie fałszywej wiedzy na podstawie spreparowanych i przeinaczonych faktów historycznych bo kładzie się to cieniem na prawdzie na zawsze.
Zacznijmy od początku ...
1. ZASIEDLENIE
Przodkowie Indian amerykańskich tzw. Paleoindianie zaczeli zasiedlać kontynenty w okresie 40 tys. - 17 tys. temu w kilku falach osadniczych. To duże rozgraniczenie chronologiczne spowodowane jest sporami w świecie archeologicznym z powodu niejednoznacznych wyników badań związanych z chronologią. Pewne jest to że od tej drugiej daty zasiedlanie Ameryki Północnej stało się  faktem, popartym szeregiem dobrze udokumentowanych stanowisk archeologicznych. Dobrze znany jest pogląd że Paleoindianie dostali się do Nowego Świata ze wschodniej Azji po lądzie znajdującym się na miejscu dzisiejszej Cieśniny Beringa. W tamtym okresie glacjalnym (epoka lodowcowa), niskie temperatury wiązały duże ilości wody w lód co spowodowało powstanie naturalnego pomostu lądowego zwanego "Beringią" po którym PaleoIndianie migrowali do Ameryki. Ostatnio zwycięża pogląd że główny szlak migracyjny na południe wiódł wzdłuż amerykańskiego wybrzeża Pacyfiku - a nie jak dotychczas sądzono - przez centralne obszary lądu. Jest to na swój sposób logiczne rozumowanie, wszak obszary skute lodem i przysypane śniegiem raczej nie zachęcałyby do wędrówki, tym bardziej że migranci musieliby pokonywać góry. Za tym poglądem przemawia spora ilość stanowisk archeologicznych usytuowanych wzdłuż zachodniego wybrzeża, datowana na okres początków migracji. Z całą pewnością nie jest wykluczone że podążano także środkiem kontynentu, ale z uwagi na trudności terenowe i klimatyczne taka podróż musiałaby być rozłożona na etapy i trwać znacznie dłużej.
Migranci byli typowymi łowcami epoki zwanej w nauce górnym paleolitem i z małymi zmianami w skali tysięcy lat takimi pozostali aż do podboju przez Europejczyków. Narzucony przez klimat i środowisko względnie koczowniczy styl życia prowadził do intensywnej gospodarki myśliwskiej co w konsekwencji  doprowadziło do pierwszego kryzysu na ziemi amerykańskiej. Około 10 tys. lat p.n.e. na całym ówczesnym świecie rozpoczęło się tzw. "holoceńskie masowe wymieranie" dotyczące głównie megafauny, które w szczególny sposób dramatycznie przebiegło w Ameryce Północnej. Istnieją różne hipotezy na temat przyczyn tego zjawiska - od symptomów ocieplenia klimatu aż po działalność ludzką. Jeśli chodzi o teren Ameryki druga przyczyna jest jak najbardziej prawdopodobna. Masowość polowań spowodowała drastyczny spadek populacji megafauny zwłaszcza tej występującej na obszarach zimnych. Większość uczonych wiąże ten fakt z działalnością łowców kultury Clovis oraz kultur istniejących przed nią. Zwierzęta łowne tamtego okresu na tych obszarach to: mamut, mastodont, koń, karibu, "olbrzymie" odmiany leniwca, bizona i przodek dzisiejszego wielbłąda. Większość z tych zwierząt wyginęła głównie w skutek polowań a część wywędrowała w okresach interglacjałów do Azji dając początek zwierzętom które znamy dzisiaj.
Trudno jest stwierdzić jednoznacznie jak ówcześni łowcy mogli w takim stopniu przetrzebić zwierzynę bez użycia broni palnej. Mogło służyc im ukształtowanie terenu w postaci skalnych urwisk, przepaści czy ślepych kanionów do których zapędzano zwierzynę za pomocą ognia. Jasne jest że w ten sposób można było unicestwić całe stada, wykorzystując do konsumpcji tylko niewielką ich część. Takie prowadzenie marnotrawnej gospodarki łowieckiej (więcej osobników zabijano niż się rodziło), mogło być jedną z głównych przyczyn zagłady większości populacji zwierząt.
Po zniknięciu megafauny Paleoindianie polowali nadal na zwierzęta które pozostały i regionalnie bytują do dzisiaj. Polowano w dalszym ciągu stosując efektywne metody wspomniane powyżej, a na terenach typowo równinnych budowano nawet wielkich rozmiarów zagrody, niejednokrotnie w ksz tałcie litery "V", do których zaganiano całe stada bizonów, antylop czy karibu. Taki sposób polowań na bizony i antylopy widłorogie praktykowany był na północnych Równinach w Kanadzie jeszcze w drugiej połowie XIX wieku przez Indian Kri i Czarne Stopy, w czasie gdy powszechna w użyciu była broń palna i konie. Nie jest jasne czy bardziej czyniono tak ze względów kulturowych czy ekonomicznych, faktem jest że marnotrawienie ubitej zwierzyny było nieuchronne. Biali podróżujący po Równinach widzieli resztki takich zagród pełne rozrzuconych szkieletów a jedno z urwisk w prowincji Alberta zwane Head-Smashed-In Buffalo Jump posiada u podstawy warstwę kości grubości na 10 metrów.
Z czasem jak klimat ocieplał się w okresie mezolitu (około 9 tys. lat temu)  Indianie zaczęli dietę mięsną uzupełniać pokarmem roślinnym. Narodziło się zbieractwo w szerokim znaczeniu tego pojęcia a myślistwo i rybołóstwo zaczęło przybierać różne formy w zależności od obszarów i rodzajów zwierzyny łownej. W czasie między 6 tys. a 5 tys. lat temu w Ameryce Północnej zaczęło powoli rozpowszechniać się rolnictwo, praktykowane tam gdzie pozwalał na to klimat. Uprawiano głównie kukurydzę, dynię, fasolę i słoneczniki. Duże areały upraw świadczące o dosyć wysokiej kulturze agrarnej istniały w dorzeczach rzek Missisipi, Missouri, na obszarach Południa dzisiejszego USA, na wschodnim wybrzeżu oraz na południowym zachodzie.
Po okresie glacjałów gdy kontynent został uwolniony od lodów, skupiska ludzkie zaczęły przemieszczać się wzdłuż i w poprzek Ameryki Północnej tworząc plemiona i szczepy, o różnej liczebności i stopniu organizacji. Antropolodzy amerykańscy grupują plemiona indiańskie okresu historycznego w 10 regionach kulturowych: Północny-Wschód, Południowy-Wschód, Wielkie Równiny, Południowy-Zachód, Wielka Kotlina, Kalifornia, Płaskowyż, Północny-Zachód, Subarktyka i Arktyka. Podział ten oparty jest na podstawie charakterystycznych wspólnych cech kultury materialnej i duchowej, determinowanych przez środowisko naturalne.
Wędrówki całych plemion i ich odłamów trwały nieprzerwanie od końca epoki lodowcowej aż do niemalże końca XIX wieku. Przyczyny tego stanu rzeczy były głównie ekonomiczne i polityczne. To nieprawda że plemiona wędrowały, napierając jedne na drugie tylko wskutek parcia Europejczyków na zachód. Wcześniej zjawisko to trwało w różnym natężeniu przez tysiąclecia ale faktem jest że w swojej ostatniej fazie było najbardziej gwałtowne, chaotyczne i brzemienne w skutki po dziś dzień. Między bajki można włożyć cytaty o min. "... ziemi przodków zamieszkałej od tysiącleci przez lud..." i inne takie sentymentalne wypowiedzi. Plemiona na dobre mieszkały w jednym miejscu najwyżej przez dwa, trzy do czterech pokoleń po czym z różnych przyczyn ruszały gdzie indziej.  Np. Apacze i Navaho którzy pochodzili z zachodniej Kanady z ludu Athapasków, przybyły na obszary dzisiejszej Arizony i Nowego Meksyku jakieś niecałe sto lat przed Hiszpanami. Komancze którzy za "ziemię swoich przodków" uważali północny Teksas, przybyli tam około połowy XVIII wieku z Wielkiej Kotliny odłączając się od Szoszonów. ”Typowo" równinne plemię Kiowa jeszcze w drugiej połowie XVIII wieku żyło w rejonie Black Hills, a w Teksasie znalazło się na początku XIX wieku. Takie wędrówki nierzadko miały na celu zasiedlenie terenów które już zajmowała inna grupa, a czasami było to tylko zapełnienie pustki osadniczej. Dobrym przykładem będzie tu duża grupa plemion która znana jest pod nazwą Sjuksów. Żyli oni do schyłku XVIII wieku na Wielkimi Jeziorami jako typowe osiadłe plemię rolnicze, ale pod wpływem nacisków szczepów leśnych  - oraz skuszeni perspektywą dostępu do nieograniczonych wydawałoby się zasobów zwierzyny - przenieśli się na Wielkie Równiny, wypierając tamtejsze osiadłe grupy innych plemion.
Wojna w szeroko rozumianym znaczeniu obecna była we wszystkich kręgach kulturowych Indian amerykańskich niemalże od czasów najdawniejszych. W dzisiejszym stanie Dakota Południowa istnieje stanowisko archeologiczne w rejonie Crow Creek, na miejscu dawnej osady indiańskiej datowanej na rok 1325 n.e., kiedy to została ona w całości zniszczona, a 426 mieszkańców obojga płci, od niemowląt do starców zostało zabitych i oskalpowanych (z wyjątkiem młodych kobiet które najprawdopodobniej uprowadzono). W czasie masowych wędrówek plemion, trwały masakry dokonywane na mieszkańcach ziem które przybysze zamierzali opanować. Nie ma w tym w sumie nic dziwnego, najeźdźcy starali się nie zostawiać nikogo przy życiu, żeby później nie stawiać czoła odwetowi. Taki scenariusz obowiązywał wszędzie indziej na świecie i trwa do dzisiaj. Wojny o supremację nad spornymi terytoriami trwały aż do połowy XIX wieku. Jeszcze w latach 30-tych wspomnianego stulecia Indianie Absaroka wybiło około pół tysiąca Czarnych Stóp.  Wbrew stereotypom dobrze zorganizowana wojna mająca na celu całkowite zniszczenie przeciwnika była znana w Ameryce Północnej przed nadejściem Europejczyków  - i to nie tylko w wysoko rozwiniętym  państwie Azteków. Pierwsi Francuzi przybyli do dziesiejszej Kanady na początku XVI wieku podziwiali pancerze ze skóry lub wikliny noszone przez miejscowych Indian w czasie wypraw wojennych. Irokezi opowiadali przybyszom  że ich niedalecy przodkowie na wojnę zakładali drewniane hełmy, pancerze i nagolenniki co świadczy o fakcie staczania tam potyczek w których rozstrzygnięciem była walka wręcz. Tubylcy regionu Półniocno-Zachodniego nosili hełmy i pancerze z drewna na czas wypraw wojennych jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku. Tak chronieni odpierali rekonesans rosyjski na ten teren a później pierwsze penetracje brytyjskie. U Indian kalifornijskich wiklinowe pancerze noszono jeszcze w połowie XIX wieku. Apacze i Nawaho przybyli na Południowy - Zachód na początku XVI wieku jako wędrowni wojownicy i rabusie, w walce z miejscowymi plemionami Pueblo używali ochronnych nakryć głowy z utwardzonej skóry. Po zetknięciu się niedługo później z hiszpańskimi konkwistadorami przejęli od nich pomysł na pancerze skórzane którymi nie tylko chronili swoje ciało ale także później korpusy swoich koni. Zdarzały się przypadki używania przez Indian kolczug i kirysów zdobytych na Hiszpanach lub wykopanych z grobów.
Oczywiście po zetknięciu się z bronią palną która dynamicznie się rozwijajała, z czasem zarzucono stosowanie ochrony ciała bo stawało się to niepraktyczne. Stopniowo rzadziej dochodziło do walk wręcz na rzecz walki na dystans. U Indian leśnych na wybrzeżu Atlantyku na przełomie XVII i XVIII wieku, nawet praktyczne wykorzystanie muszkietów zepchnęło tradycyjną broń jaka był łuk do roli drugorzędnej i uzupełniającej nawet na polowaniach. Indianie tamtego regionu mieli duży dostęp do broni i prochu skutkiem zażyłych kontaktów handlowych z białymi. Polowania stały się efektywniejsze a wojny bardziej krwawe i dynamiczniej prowadzone.
Rzecz jasna celem wojny u amerykańskich tubylców było nie tylko eksterminowanie przeciwnika na opanowyanym terytorium. We wszystkich kręgach kulturowych Indianin zdobywał i polepszał swój status społeczny poprzez osobiste dokonania. Musiał wykazać się zręcznością i wiedzą w czasie łowów i odwagą oraz sprytem w czasie walki. Często organizowano małe wyprawy wojenne na które szło od kilku do kilkunastu wojowników (czasami jeden odważny), których celem było zdobycie sławy i bogactwa oraz popisanie się odwagą. Grupa taka działała jak  dzisiejsze siły specjalne, niepostrzeżenie przedostawała się na teren przeciwnika (nierzadko do jego obozu lub osady), tam porywała kobiety, kradła ważne symbole religijne, zdobywała skalp na jakiejś ważnej osobistości, w późniejszym okresie czasu uprowadzała konie. Unikano otwartej walki, chyba że grupa została przyłapana lub dogoniona - wtedy walczono zawzięcie o życie. W razie sukcesu wracano triumfalnie do domu i tam opowiadano o swoich czynach w obecności świadków, żeby nikt nie zarzucił nikomu kłamstwa. Na Wielkich Równinach po wytworzeniu się tzw. "konnych kultur nomadycznych" plemiona wypracowały swoisty kodeks wojownika wedle którego walcząc mężczyzna  podnosił swój status, wykazując indywidualną wartość i cechy osobiste. W czasie gdy nie prowadzono dużych wojen o terytoria gdzie dziesiątkowano i tak niewielką liczbę ludności, Indianie po ceremonii Tańca Słońca (a czasami przed, zresztą nie wszystkie plemiona praktykowały ten rytuał...), zbierali się w grupy od kilkunastu do kilkudziesiesięciu wojowników. Raczej nie kryjąc się jechali w stronę wybranej osady wroga i samą swoją obecnością zmuszali go do wyjścia i podjęcia wyzwania. Gdyby celem był napad i zniszczenie osady w takim przypadku najeźdźcy przybyliby w wielkiej liczbie i gwałtownie zaatakowali, ale w omawianym przypadku chodziło o rodzaj "sportu". Pojedynczo lub w małych grupach wojownicy szarżowali na siebie konno, starając się nie zabijać (chyba że było to konieczne żeby uniknąć śmierci, wszak nie każdy musiał zachowywać się po "rycersku"...), ale bardziej okazać pogardę śmierci, wyszydzić i poniżyć przeciwnika poprzez zabranie mu elementu stroju, uzbrojenia czy konia. Opracowano system tzw. "zaliczenia ciosów" (counting coup), zwanych też "dotnięciami". Polegało to na tym że w czasie szarży starano się dotknąć ręką, bronią, czy specjalnym kijem - ciała, broni czy konia przeciwnika. Za dotnięcie uznawano również smagnięcie biczem, zrzucenie wroga z konia czy zabranie części broni czy konia.  Reguły określały  wartość ciosu, zależnie od tego czy wróg był żywy czy martwy i czy wojownik dotknął go jako pierwszy czy w następnej kolejności. Ciosy świadczyły o osobistej odwadze a ich liczba czy też popisy na krawędzi życia i śmierci miały na celu zwrócenie uwagi swoich i tym samym zdobycie uznania i szacunku.
Zastanawia geneza opracowania takiego "systemu walki". Poza celami  opisanymi powyżej które zostały zrytualizowane i realizowane w formie counting coup, istnieje prawdopodobieństwo istnienia innych przyczyn, bardziej pragmatycznych. Społeczeństwa Indian Równin nie były duże. Przed coraz częstszymi kontaktami z białymi, na początku XIX wieku przeciętne plemię mogło liczyć w granicach 10 tys. ludzi. Ludzie ci żyli w prymitywnych ,ciężkich warunkach, narażeni na utratę życia w czasie wędrówek czy polowań. Regułą było że populacje te liczyły zawsze więcej kobiet niż mężczyzn z uwagi na straty tych ostatnich w czasie zdobywania pożywienia i wojen. Ten stan rzeczy wiązał się też z poligamią (w wersji poligynii), zjawiskiem bardzo częstym u tubylców. Dlatego właśnie próbując pogodzić wojenne dążenie do lepszej pozycji z niedopuszczeniem do niepotrzebnych strat w populacji męskiej, opracowano wyżej wymieniony system walki. Takie utarczki przypominały bardziej bijatyki niż prawdziwą bitwę i nie powodowały zbyt wielkich strat w ludziach o co głównie chodziło a swój cel osiągały. Na początku walk między armią amerykańską a tymi Indianami we wczesnych latach 50-tych XIX wieku, żołnierze nie mogli wyjść ze zdziwienia, widząc jak Indianie narażając się na kule szarżują na nich tylko w celu dotknięcia kijem czy smagnięcia biczem. Oczywiście powodowało to duże straty u tubylców którzy z czasem porzucili ten sposób walki, przynajmniej w stosunku do białych.
 Zabawne jest jak miłośnicy Indian w literaturze szeroko rozpisują się nad rzekomym faktem propagowania procederu skalpowania przez białych wśród Indian. Pomijając fakt że skalpowanie praktykowano w starożytnej Europie przez Celtów, Piktów, Germanów i Scytów a w Afryce zanotowano tę praktykę w Dahomeju (dzisiejszy Benin), znajomość tegoż była przez Europejczyków do XVI wieku nieznana. Zetknęli się z tym dopiero po przybyciu do Ameryki Północnej. Generalnie skalpowanie zabitych miało za cel zdobycie dowodu zadania nieprzyjacielowi strat  - skalpy kobiet i dzieci były więc tak samo ważne jak skalpy wojowników Prawdą jest że skalpowały tylko niektóre plemiona i z tego procederu uczyniły rytuał. Ale inne grupy przejmowały to i praktykowały w ramach odwetu i jak już wspomniano w celu udowodnienia strat zadanych wrogowi. Nie wszystkie plemiona obnosiły się ze skalpami, które zdobiły ubrania, broń czy obejście. Apacze np. po powrocie do obozowiska po udanej wyprawie i odbyciu rytualnego tańca, wyrzucali skalpy uważając je za nieczyste. Inne plemiona w ogóle nie skalpowały uważając to za niepotrzebne barbarzyństwo. Biali płacili za skalpy swoich wrogów towarem i pieniędzmi tylko dlatego żeby zachęcić swych indiańskich sojuszników do działania i przyczynić się do zwalczania nieprzyjaciół. Po prostu zauważyli że jest to namacalny dowód na zabicie przeciwnika i wykorzystali go a  Indianie przynosząc skalpy za opłatą udowadniali że eliminują zagrożenie.